Wyjazd do Ugandy nauczył mnie pokory
Nad ranem 2 lutego, razem z Kamilą Sus, szczęśliwie wylądowałyśmy na lotnisku w Entebbe, w Ugandzie - rozpoczyna relację z miesięcznego wolontariatu Aneta Suchoszek-Targosz, wolontariuszka misyjna Dzieci Afryki. Dla mnie był to pierwszy kontakt z prawdziwą, subsaharyjską, równikową Afryką.
Wcześniej miałam okazję być tylko w Egipcie, który nie jest uznawany (i słusznie) za „prawdziwą” Afrykę. Trudno mi opisać moje pierwsze wrażenia, a to tylko dlatego, że wrażeń pierwszych, drugich i wszystkich następnych było tak wiele, i były tak intensywne, iż nie jestem w stanie ich wszystkich ubrać w słowa i opisać, czy opowiedzieć.
Pierwszym zaskoczeniem była wszechogarniająca ciemność na drogach, po wyjeździe z lotniska. Wiedziałam, że w Ugandzie są problemy z elektrycznością, ale ta wiedza na nic się zdała, w momencie, gdy na własnej skórze doświadczyłam braku oświetlenia na drogach. Fakt, że od zachodu do wschodu słońca podróżuje się w kompletnych ciemnościach był szokujący. To był dopiero początek niekończącej się ilości szokujących i zadziwiających sytuacji. Po wschodzie słońca moim oczom ukazał się obraz skrajnie biednej okolicy. Takiej biedy nigdy nie widziałam, jedynie może na filmach dokumentalnych pokazujących najbiedniejsze zakątki świata. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, przecierałam oczy i szczypałam się, żeby sprawdzić czy to się dzieje naprawdę. Następnie zaczęłam się pocieszać, że może jedziemy tylko przez taką biedną okolicę i jak przejedziemy kawałek dalej, to ten obraz nędzy się skończy. Ale niestety nie skończył się. Widok biedy i niedoli ludzkiej w Ugandzie towarzyszył mi do samego końca.